Konie żrą, ludzie posilają się, a ja jem – Napoleon.
Ostatnio poszukując miejsca na przyjęcie odwiedziłam ponad połowę restauracji w centrum Krakowa. Rozmawiałam z kelnerami, a w tych upatrzonych z samymi menadżerami. I wiecie co? W chwili, gdy mówisz kelnerowi, że interesuje Cię obiad na 30 osób otwierają się przed Tobą drogi:
· Przestraszony kelner mówi, że masz poczekać na imć menadżera lokalu, który się na wszystkim zna. I tak Cię zostawia na półgodziny aż do pojawienia się człowieka z wielkim notesem. Człowiek ten patrzy na Ciebie z góry (pewnie szacuje ile kosztowały Twoje ubrania albo nie wiem co jeszcze) i zaczyna z Tobą rozmowę. Po tej rozmowie obiecuje wysłać Ci menu, postara się nawet tego samego dnia, w efekcie wysyła po tygodniu. Na Twojego maila ze sprecyzowanym menu odpowiada po dwóch tygodniach. Interesujące jest to, że później, w przeciągu dwóch dni dzwoni do Ciebie i pisze maila informując, że należy już wpłacić zaliczkę, ponieważ są osoby zainteresowane tym samym terminem;
· Kelner mówi, że menadżera nie ma, należy wszystko sprawdzić sobie na stronie. Na maila nikt nie odpowiada;
· A jeśli znajdziesz świetną restaurację i menadżera, który mówi, że tutaj może być zniżka, napoje, ciasta itd. załatwią sami, im to nie robi żadnej różnicy. Ale nie ciesz się zbyt wcześnie, bo nad samym menadżerem i właścicielem restauracji stoi właściciel lokalu, który może, choć nie musi, z dnia na dzień złożyć wymówienie najmu, a co za tym idzie – nie masz już rezerwacji;
· Ewentualnie jeszcze możesz otrzymać informację, że mail w tej chwili nie jest z niewiadomych przyczyn obsługiwany. Kelnerzy nie wiedzą co jest na stronie, a Twoja kompozycja menu jest zapisywana na jakimś dziwnym, poplamionym papierze.
Gdyby ktoś był zainteresowany, to nazwy restauracji mogę podać na maila, ale myślę, że nie o to w tym przypadku chodzi. Mam w głowie przekonanie, że na złożoną ofertę trzeba odpowiedzieć od razu, dziękując za złożenie i informując, kiedy można spodziewać się odpowiedzi. Ale okazuje się, że to błędne przekonanie oraz, że to chyba mi zależy na tym, żeby restauratorzy mieli co robić.
Podejrzewam, że takie podejście obejmuje szersze kręgi i trochę szkoda jest, że chodzimy czasem do pracy, której nie lubimy, by uprzykrzać życie innym.
P.S. A cukier na gumtree jest po 4 zł za kilo… :)
Niesamowita historia, naprawdę. Szok. A może pod miastem łatwiej? Czasem lokal skromniejszy, menu mniej fikuśne, ale za to koło klienta skaczą jak ptaszki na gałązce :)
OdpowiedzUsuńSzkoda, że nie podałaś nazw, należy im się... Pewnie Gesslerowej jeszcze u nich nie było :) Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńTofalaria Pod miastem w grę wchodzi kwestia dojazdu, a tego chcielibyśmy uniknąć. Ceny dosyć porównywalne, niezależnie od standardów, chyba, że mówimy o Wierzynku. :-) No i w naszej idealnej restauracji było super, do momentu aż się okazało, że lokalu tak w zasadzie nie ma.
OdpowiedzUsuńnurka pobawić się w Magdę Gessler wypadałoby, w końcu to my proponujemy gościom lokal. Zobaczymy, i tak w końcu stanęło na w miarę domowej kuchni w miejscu, którym bym sobie pozarządzała: lokalizacja świetna, ale dojście do restauracji takie sobie. Choć była jedna restauracja, do której aby dojść trzeba było minąć śmietniki :-) Urok podworców.