Wielki Post trwa już ponad tydzień. W tym roku szczególnie kładzie się nacisk na to, że odmawianie sobie czegoś pozwala odkrywać nowe horyzonty naszej duchowości. Post pokazuje, że jednak potrafię przezwyciężyć tego brata osiołka, to moje ciało, które marudzi jak dziecko, kiedy czegoś nie otrzymuje.
Dziś opiszę kolejną przeczytaną książkę. Moim zdaniem jest warta przeczytania, aczkolwiek sięgnęłam po nią głównie po to, żeby zmierzyć się i poznać legendę. O kogo chodzi? No cóż, minus ma za to, że jest benedyktynem. Tak, właśnie, o Leonie Knabicie mowa i jego książce-wywiadzie O radości. Radości wśród nad ciągle za mało, wobec tego jest jak najbardziej potrzebna.
Radość (nie mylić z wesołkowatością) pozwala łagodniej patrzeć na świat, pomaga ogarnąć wydarzenia dnia codziennego. Oprócz tego przysparza nam wiary w siebie, dzięki niej łatwiej nam zawiązywać relacje z innymi ludźmi. Radość to ten wewnętrzny uśmiech. Aczkolwiek, niekiedy, czasami, bo nie zawsze mam takie dni, kiedy wychodzę w świat z nastawieniem, że jest dobrze, że wszystko się uda. Wtedy się uśmiecham. Zdarzają się osoby, które się uśmiechną w odpowiedzi. A to miłe, bo już uśmiechu jest więcej, on się szerzy, pierwiastkuje i podwaja. W wieczornym rozliczeniu dnia pojawia się warte zapamiętania wspomnienie.
Uśmiechajmy się, nie bacząc na pogodę.
Wracając do książki, przytoczę kilka fragmentów, które zwróciły moją szczególną uwagę:
Czy można być radosnym, czy można dawać pokój i jednocześnie być wymagającym wobec siebie i innych? Czy takie pogodne spojrzenie na rzeczywistość, a przede wszystkim na człowieka nie tłumi w nas ochoty poprawiania go?O, nie, zupełnie nie. Dla mnie radość bardzo ściśle łączy się z wymaganiami – przede wszystkim wobec siebie. Jeżeli sobie „odpuszczę”, łatwiej popadam w smutek, którego źródłem są różne stresy. Czasem pod wpływem jakiegoś nieprzyjemnego zdarzenia przychodzi taka abulia, bezwolność – ani nie pracuję, ani nie odpoczywam. Natomiast to, że się trzymam, daje mi radość.
Życzę Wam tej radości wewnętrznej, radości serca!


moim zdaniem radość i smutek
OdpowiedzUsuńsiedzą w jednej ławce,
chodzą w jednej parze
i są różnymi połówkami tego samego jabłka...
przynajmnie moja rodość i smutek,
czasem smutek i radość...
jak dzisiaj
Maju, nie do końca się z tym zgodzę. Ale pewnie to jest tak, że kiedy trzeba nazywać emocje, to każdy określa je w inny sposób.
OdpowiedzUsuń